Co bym robiła, gdybym…?

” Co by było, gdyby” – niektórym takie gdybanie zaprząta codziennie głowę i jest źródłem ciągłego dręczenia samego siebie. zobacz, jak to było u mnie.

CO BYM ROBILA GDYBYM

Dawno, dawno temu byłam małą dziewczynką z dziurkami w policzkach i głową pełną pomysłów. Wyobrażałam sobie różne rzeczy, snułam niestworzone historie. Ponoć nawet do siebie gadałam, odgrywając kilka ról jednocześnie.

Na tym beztroskim etapie byłam zapewne księżniczką lub syrenką, która całymi dniami śpiewa, pływa z delfinami i czeka na księcia z bajki. Jak to z dziecięcą wyobraxnią bywa, moje wizje nie miały granic.

Z roku na rok te wszystkie scenariusze zaczynały sie przekształcać i bardziej przypominać rzeczywistość – o ile rzeczywista może być kariera międzynarodowej piosenkarki albo aktorki 😉 No, ale przynajmniej można próbować sowich sił – jako syrenka nie miałam szans na dłuższą egzystencję. Wraz z pojawianiem się nowych umiejętności, talentów, pasji moje wyobrażenia samej siebie w dorosłym życiu wiązały się właśnie z tymi atrybutami. Gdy okazało się, że całkiem nieźle śpiewam, myślałam o szkoleniu się w tym zakresie. Gdy gdzieś tam w szkole podstawowej pani od polskiego zachwycała się moimi wypracowaniami i wróżyła mi pisarską przyszłość, pojawiła się myśl o pójściu tą drogą.

W ostatnich latach podstawówki (bo wiecie, ja nie ten rocznik, którego wchłonęło gimnazjum 😉 ) zafascynowałam się chemią, mimo że z przedmiotami ścisłymi nigdy nie było mi do twarzy. Marzyłam o pracy w laboratorium, odkrywaniu nowych substancji i procesów, które wpłynęłyby znacząco na świat. Czy w Waszych marzeniach też bywaliście jednostkami wybitnymi? Ja zawsze taka miałam być.

Od bohatera do zera

W licealnej klasie o profilu biologiczno – chemicznym okazało się, że jednak chemia to nie jest moja mocna strona. Ani biologia. Tak właściwie to “dobra” nie byłam z niczego, bo nawet na polskim już mi się tak nie chciało pisać. Trochę spanikowałam, bo, wiecie, matura, studia to już nie marzenia o syrenim ogonie. Teoretycznie po takiej klasie naturalnym wyborem byłaby medycyna, ale o dziwo, nikt z moich znajomych nie zdecydował się na startowanie w rekrutacji na lekarza. I, jak wyżej, nie byłam szczególnie bystra w przedmiotach głównych, a u mnie oznacza to katastrofę.

Dopiero w klasie maturalnej wpadłam na pomysł, żeby spróbować swoich sił w architekturze – koleżanka z klasy przygotowywała się do egzaminu z rysunku i jakoś mnie zachęciła. Nie pisałam Wam, ale zawsze rysowanie, plastyka dobrze mi wychodziły. Więc oprócz tego, że zapewne kiedyś miałam być kobiecą wersją Picassa, stwierdziłam, że może faktycznie warto ten talent wykorzystać.

Jak możecie się domyślić, na kursie dla przyszłych architektów okazało się, że rysunek idzie mi kiepsko. Wymagania, sposób rysowania nijak się miały do mojej dotychczasowej twórczości dziecięcej. I to był dramat. Bo nie wiedziałam, co mam z tym zrobić, w końcu już za rogiem czekały na mnie studia i moja dorosłość. Ten okres był dla mnie bardzo trudny.

Szczęśliwie okazało się, że na studia się dostałam, choć gdzieś z tyłu głowy pojawiały się myśli, że przecież ledwo, ledwo zdałam ten egzamin – gdyby nie świetne wyniki matury, nie dostałabym się, bazując jedynie na wynikach egzaminu rysunkowego.

 

Co bym robiła, gdybym nie została architektem?

Nigdy wcześniej ani później nie trafiłam na tak wielu ludzi, którzy też bronili się przed przeciętnością. Każdy z nas chciał się wybić w tym zawodzie, zresztą wielu już na studiach było przekonanych o swojej wyjątkowości 😉

Czy muszę wspominać, że znów okazało się, że i ja, i większość moich znajomych jest beznadziejnie nijaka i nigdy nie zostanie drugim Le Corbusierem?

Po studiach – praca na etacie w biurze projektowym, fajna, ale nie do końca satysfakcjonująca finansowo. I też to poczucie, że nie jestem szczególnie wybitna w tym, co robię.

Wiecie, że jakiś czas temu wpadł mi do głowy pomysł, że jednak medycyna…? Że to na pewno tam bym się spełniła w 100%, bo bardzo mnie interesują wszelkie tematy w zakresie onkologii czy neurologii.

A może książkę napiszę? Albo pójdę na dodatkowe studia? Może zdam test i dostanę się do Mensy (to taki elitarny klub, do którego należą wybitnie inteligentni ludzie, np. Doda)?

 

A po co to wszystko?

Gdy byłam małą dziewczynką, w wyobraźni zawsze otaczała mnie aura ponadprzeciętności. Po drodze okazało się, że posiadam pewne talenty, które pomogłyby mi tę ponadprzeciętność osiągnąć. Tylko ja tych zasobów nie wykorzystałam, bo nikt nigdy i nigdzie nie dał mi – dziecku jasno do zrozumienia, że potrzeba coś więcej, niż tylko marzenia o sukcesie i pewne predyspozycje. Że tylko codzienna, systematyczna praca z tymi moimi talentami przyniesie mi to, o czym zawsze śniłam. Owszem, niekiedy dorośli przebąkiwali, że praca jest konieczna, ale jest bardzo ciężka i mozolna. Gdy usłyszy to nastolatek, który ma pstro w głowie, stwierdzi, że to chrzani, bo ma jeszcze czas, żeby się w życiu naharować. Nikt mi nie powiedział, że ja mam naprawdę realny wpływ na to, kim będę, jeśli nauczę się samodyscypliny i konsekwencji w działaniu.

Może wstyd się przyznać, ale dopiero teraz – gdy jestem po trzydziestce – zaczynam, jak dziecko, uczyć się totalnych podstaw w dążeniu do zrealizowania moich marzeń. Priorytet to nadal pewność, że jestem dobra w tym, co robię, ale oprócz tego owe zajęcie ma mi przynieść konkretne korzyści materialne, żeby móc realizować wszystkie inne plany. Już nie muszę być wybitna. Jakoś przeżyję, że najprawdopodobniej nie przeczytam o sobie w Wikipedii definicji ponadprzeciętnego architekta, światłego pisarza czy genialnego lekarza.

Chcę żyć pełnią życia i nie zastanawiać się, czy z moimi kompetencjami zasługuję na sukces czy nie. Czy wybierając tę akurat drogę, nie popełniłam błędu, bo gdzieś tam czekało na mnie COŚ wspaniałego, a ja poszłam w innym kierunku.

Teraz codziennie dążę do lepszego życia i do “najlepszej wersji samej siebie”, jak pięknie głoszą książki motywacyjne. Bo teraz już wiem, że zawsze można być lepszym, niż było się wczoraj.

 

Jestem ciekawa, jaka była Wasza droga od marzeń do dorosłej rzeczywistości?