Jak wychować szczęśliwe dziecko?

Czy Ty już to wiesz?

jak wychować szczęśliwe dziecko

Czuję, że zaraz wyjdę z siebie. Zamykam oczy, próbuję oddychać przeponą przez uszy i liczę skaczące barany. Wszak jestem rodzicem nie(nad)używającym agresji wobec własnych dzieci, więc wystarczy osiągnąć stan zen, a wszystko wróci do dawnej równowagi. No cóż, czasami się to udaje. A czasem nie. Zawsze wtedy huczy w mojej głowie pytanie: co zrobić, żeby nie skrzywdzić, a czegoś nauczyć? Które rozwiązania są dobre? Jak wychować szczęśliwe dziecko?

Nie jestem psychologiem. Nie mam pojęcia, jakie koncepcje wychowywania są obecnie na topie – oprócz rodzicielstwa bliskości, lecz wyznawcy tej idei podkreślają, że nie jest to sposób postępowania z dziećmi, a filozofia życia. Jest jeszcze pani Zawadzka z karnym jeżykiem, tablice motywacyjne z ocenami, stosowanie kar i nagród, niestosowanie kar i nagród…

Wiecie, co mnie gnębi? Nadmiar informacji, dobrych rad, potykanie się co chwila o publikacje dotyczące rodzicielstwa. Bo jestem zwykłą matką, chcącą dla swojego dziecka jak najlepiej. Ale, no właśnie – najlepiej, czyli jak? Podpowiecie zapewne: tak, jak mówi ci intuicja.

Ale instynkt macierzyński przeszedł do lamusa

Jakiś czas temu, będąc w przytulnej knajpce na rodzinnym obiedzie, natknęłam się na ulotkę ze znajomym logo Misia Kuleczki. Myślałam, że to informacja o szkole rodzenia lub kursie udzielania pierwszej pomocy najmniejszym dzieciakom (swoją drogą – świetna inicjatywa!). A tu zonk – ze świstka papieru atakował mnie “kołczing rodzicielski”. Pierwsze, co sobie pomyślałam, to coś w rodzaju WTF!? Oburzyło mnie to, że w dzisiejszych czasach robi się z młodych rodziców imbecyli, których trzeba prowadzić za rączkę i ciągle podpowiadać, jak się tych małych kosmitów obsługuje. Jak już wspominałam w tym wpisie – mam alergię na wszelkie próby tłamszenia nas – matek i udowadniania, że potrzebujemy natychmiastowej pomocy. O matko, nie zrób tej małej istocie krzywdy swoją własną niekompetencją! Czy chcesz, żeby w przyszłości było jednym z miliona zaburzonych, szukających ratunku w gabinetach psychoterapeutów? Nauczymy cię, jak prawidłowo reagować, bo ty przecież sama tego nie potrafisz.

Zadowolona, że przejrzałam te wszystkie psychologiczne chwyty, zrobiłam z Kuleczki kuleczkę i wrzuciłam do kosza.

I naszły mnie wątpliwości, czy jednak to nie popyt kształtuje podaż. Ta rzeka niepewnych siebie ojców i matek wciąż płynie. I jeżeli trafiłeś tutaj z nadzieją, że na końcu tego wpisu przeczytasz: słuchaj intuicji!, to się mylisz. Ty też płyniesz tą rzeką. I ja.

Jak wychować szczęśliwe dziecko?

Dawno, dawno temu, kiedy nie było internetu, a ludziom nie przewracało się w głowach, żeby wyprowadzać się daleko od swoich, dzieci wychowywało się znacznie prościej. Nie twierdzę, że lepiej, ale na pewno bez spędzających sen z powiek wątpliwości. Dziecko wiedziało, że ma być grzeczne, a jak się buntowało, dostawało klapsa albo szlo do kąta.

Brrr, okropne. Jednak wtedy nikt się temu nie dziwił, intuicja podpowiadała, że wychowuje się porządnego człowieka, a środowisko co najwyżej zrypało matkę, że dziecko za lekko ubrane chodzi. Nikt się psychologicznym aspektem takiego wychowana nie zajmował, wierzono, że dzieci są urodzonymi egoistami i trzeba im delikatnie (lub mniej) ten egocentryzm wybić ze  ślicznych główek. Dziecko miało słuchać rodziców, podporządkować się, ufać wszystkiemu, co obwieszczali. A podpowiedzi środowiska były spójne.

Tymczasem psychologowie zaczęli grzebać i kombinować, prześwietlać młode umysły i wyciągać wnioski. I tak oto nadeszła rewolucja – bo to zupełnie nie tak jest z dziećmi, jak do wieków sądzono! Bunt jest niezbędny do życia, nawet z tym słuchaniem rodziców to nie jest taka oczywista sprawa. Dzieci niczego nie wymuszają, nie powinno wyznaczać się im granic, bo przede wszystkim powinny poznać swoje własne granice. Nie powinno się stosować klapsów (tak, tak – to już wiemy), w ogóle żadnych kar, ale nagród też nie – ba, nawet pochwalenie dziecka jest niekoniecznie wskazane, gdyż uzależnia malucha od ciągłego potwierdzania własnej wartości przez innych ludzi.

Tak rzeczą jedni specjaliści.

Inni z kolei, opierając się chyba na tych samych rewolucyjnych wnioskach, już radzą stosować kary i nagrody, pozostawiać rozzłoszczone dziecko samemu sobie, żeby się uspokoiło, wyznaczać granice i być konsekwentnym.

Moje pytanie brzmi: których speców słuchać? Czyimi wskazówkami się kierować? Skoro dotychczas dzieci były inaczej wychowywane, skąd mogę mieć pewność, że stosując na co dzień np. filozofię rodzicielstwa bliskości wychowam nie tylko szczęśliwą, ale i odpowiedzialną, “poukładaną” istotę? W książkach i teorii wszystko super wygląda i bardzo mnie przekonuje, ale kto ma konkretne dowody na to, że tak powinno być – skoro nawet środowisko psychologów nie jest spójne?

U mnie bardzo silnie zakorzenione jest przeświadczenie, że jednak te kary i nagrody być powinny – kulturowo zawsze się tego trzymano. Ale coś mi w środku mówi, że to nie to. Czasem popuszczam wodze fantazji i staram się nawet cieszyć, że Pierworodna mnie nie słucha, wszak rozwija w ten sposób własną integralność. W końcu jednak szlag mnie trafia i drę japę. Czyli to też mi nie pasuje. Nie wspominając już o ogromnym przytłaczającym oczekiwaniu otoczenia (które zna “stare” metody wychowawcze), że będę stanowcza i nie dam sobie wejść na głowę. Czy ja mam w ogóle siłę i chęci, żeby forsować wszystkie te rewolucyjne teorie wbrew mojej teściowej i narażać się na ciągłą krytykę?

 

Wiecie, co? A słuchajcie tej waszej intuicji, jak chcecie. Ja posłucham swojej. I może z tego coś wyjdzie na ludzi.